#MA

Kiedyś wracaliśmy z imprezy, do domu jakieś 100 km, za kierownicą wygrzany kumpel po pixach. Jedziemy sobie, droga pusta, po dwóch stronach las, nagle jeb, kumpel po chamach, mało co nie zarył głową w przednią szybę. Samochód stanął jak wryty na tej drodze a kumpel siedzi i się patrzy w przód. My bladzi ze strachu, tamten siedzi jak zahipnotyzowany, grobowa cisza aż tu nagle odzywa się kierowca:
- J*bany ma refleks. Prawie bym go zabił.
Patrzymy po sobie i nic. Kumpel ruszył, jedzie dalej jakby nigdy nic. Podjeżdżamy do niego pod dom a on do nas:
- Tylko nie mówcie nic mojemu ojcu o tym jeleniu w lesie :-D

Miło mieć zryty beret

176

Mora

Przeżyłem coś podobnego :D

17

ChowChow

Dlatego po pixach nie powinno się prowadzić :D

3

#8E5

Kiedyś chciałem sobie urozmaicić podróż pociągiem i wpadłem na miksa:
Homet z MXE, żeby zamknąć oczy i sobie tripować na siedząco. Ponieważ przejazd miał trwać 3 godziny z kawałkiem, postanowiłem wrzucić smakołyki wcześniej, żeby nie marnować czasu. Najpierw wypiłem hometa w wodzie, potem łykałem meksę z łyżeczki w autobusie. To był błąd.
Nasz roztańczony rydwan utknął w korku, a pociąg odjechał.

Wyobraźcie sobie taką akcję: wysiadam przed dworcem, na chodnik ozdobiony gwiazdkami i wzorkami. Wiem, że zaraz uderzy M, więc pędzę do kas przeniesionych w inne miejsce. Już w kolejce odklejam się na tyle, że mam duży problem z myśleniem. Jednak udaje mi się wydusić destynację, ale okazuje się w kasie, że coś się zmieniło i muszę iść do informacji. Druga kolejka rozkłada mnie już zupełnie. Biję się ze sobą, żeby w ogóle cokolwiek myśleć. Wiem, że zaraz będę musiał się dogadać z babką za szybą, która jak się okazuje udziela mi złożonej odpowiedzi w trybie warunkowym, z kilkoma możliwościami i masą szczegółów. Nie jestem w stanie zapamiętać tego, co mówi, więc wychodzę zrezygnowany.
Wymyślenie alternatywy przekracza teraz moje możliwości, ale chyba podświadomość czuwa, bo jakoś instynktownie trafiam na dworzec PKS. Tam zaczyna się peak dziwności.

Nie dość, że miks dyso i sajko sprawia, że to wszystko jest odjechane, to siada koło mnie bezdomny, który chyba jest chory psychicznie. I to nie moja wkręta, gada strasznie nawiedzone rzeczy, pamiętam tylko coś o bracie Jezusa, jakichś sektach, masonerii itp, wszędzie dużo wątków religijnych i spisków.
Nieźle ryje mi banię, ale nie jestem w stanie skonstruować sensownego komunikatu typu "może Pan dać mi spokój"? A nie mam na tyle energii, żeby mu bardziej wulgarnie "podziękować za rozmowę".
Siedzę więc i słucham mimo woli, zdziwiony czemu akurat tym razem trafiłem na takiego siewcę orki...

150

#XW

Wczoraj to bylo...
Wchodze sobie zjarany do domciu.
Wchodze do kuchni, patrze moi starzy nad czyms pochyleni, na stole lekrzy strzykawka z igla...
podchodze blizej, patrze moi starzy wala proszek na lyzke, zalewaja woda do iniekcji, podgrzewaja zaplara i mieszają :D
Wybuchlem smiechem, bardzo dzikim smiechem,
Dopeiro po chwili skaplem sie ze cos jest nie tak (w sumie moi starzy tez).
Zaczalem cos do nich belkotac, prawie dlawiac sie ze smiechu.
Myslalem ze moi starzy cos beda sobie to w żyłkę walic. (ah te rozkminy).
Poszedlem do pokoju, i przypomnialem sobie ze moj pies jest chory i trzeba mu robic iniekcje przeciwbolowe i przeciw zapalne.
Ale wkrete mialem ostra.

127

ChowChow

MindFuck ^^

2

#M1B

Słuchaj Typie. Gruby robi impreze - usłyszałem znajomy głos w słuchawce pałaszując śniadanie.
- Jaką?
- No kurwa, taką dla znajomych. Mówił, że kameralnie będzie. Tam wiesz, u niego. Jedziesz?
- Jasna sprawa. Kiedy?
- Zaraz.
- Ok. Podjeżdżaj.

Szczęśliwie się złożyło, że miałem dwa dni urlopu do odebrania w pracy, a że Gruby mieszka w Niemczech, to nie spodziewałem się rychłego powrotu. Szczególnie, że jak Gruby robi melanż to nigdy nie kończyło się na jednym dniu. Szczątkowe informacje jakie dostałem wskazywały na konieczność zabrania dodatkowej pary rzeczy "do ujebania" i przygotowania się na powrotny ból głowy, czyli zapakowania do apteczki podstawowych medykamentów każdego melanżownika - magnez, witaminy, aspiryna i stoperan (szczególnie stoperan). Sięgam po walizkę, otwieram i mam wrażenie, ze otworzyłem jakąś pierdoloną puszkę pandory, albo sarkofag ze zdechłym kotem. Naszym kotem. Zatykający dziurki od nosa odór rozgościł się w całym mieszkaniu wywabiając współlokatora ze swojego pokoju, który pogrążony w depresji (przynajmniej tak twierdzi) nie wychylał nosa poza swój teren przez ostatnie dwa dni. W pierwszym momencie pomyślałem, że może on tak jebie i jak się okazało, owszem on też jebie, ale głównym źródłem tego zapaszku była jednak moja walizka.

Szybko zlokalizowałem źródło owego fetoru. Jeżeli zastanawiacie się, czy McWrap się psuje, to nie musicie sprawdzać. Psuje sie. W mało spektakularny sposób, chociaż zależy jak na to patrzeć - kolorki są całkiem, całkiem... ale dobra, nie o tym miało być.

Wybija godzina zero, Golf drugiej generacji z charakterystycznym dla siebie dieslowskim buczeniem wtoczył się pod moje mieszkanie i radośnie pierdolnął klaksonem ku uciesze wszystkich sąsiadów. Kiedy schodziłem ze swoją jeszcze lekko śmierdzącą walizką pod oknami rozbrzmiewał donośny stukot silnika cofanego przynajmniej kilka razy. Mam wrażenie, że nawet całkiem regularnie, ileż kurwa czasu można mieć 140 000 na budziku. Ten dźwięk perfekcyjnie zgrywał się z popierdywaniem przeżartego rdzą tłumika wydobywając z siebie niesamowite ilości spalin. I ta osobliwa cyrko-orkiestra przywitała mnie u progu drzwi do klatki, które od lat dumnie prezentują się z zajebiście wielkim napisem namalowanym "szprajem" o uroczej treści: Grzyb pany, a Borsuk to kurwa.

- Co ty stary, na węgiel tym gównem jeździsz? - kieruje swoje słowa w obłok siwego dymu za którym (jestem niemalże pewien) znajduje się mój środek transportu.

- Ha kurwa, ha. Dżołk roku, wsiadaj głąbie już i tak mamy spóźnienie - zostałem powitany radośnie przez Ziomeczka właściciela pojazdu, w którym spędzę następne kilka godzin.

Pierwszą radosną informacją w samochodzie była obecność brata Ziomeczka, naszego szofera. Abstynenta. No dobra, prawie absynenta - bezalkoholik. Dźwięk pierwszej otwieranej butelki zlał się z odgłosem zamykania drzwi i wyruszyliśmy w drogę.

Jeden browar, drugi, trzeci...

- Sikuuu. Panie kierowco sikuuuu - chóralnie zgłaszamy z Ziomeczkiem swoją potrzebę.
- A... a... ale kurwa, zno...
- Siku, siku, siku! - nie dajemy za wygraną.
- No kurwa, przecież dopiero co czterdzieści minut jedziemy. Dobra na następnej zatoczce zjadę.

Jak powiedział tak zrobił. Od dawna zastanawiałem się dlaczego kałuże zawsze, ale to zawsze są po stronie moich drzwi i dlaczego za każdym razem wygląda to jak 2 mm wody na betonie, a okazuje się być jebaną dziurą po kostkę, ale i tym razem nie znalazłem odpowiedzi. Musiałem za to znaleźć w ekspresowym tempie suche skarpety co doprowadziło do przykrego odkrycia - walizka nadal jebie, zatem to nie tylko leciwy McWrap był źródłem straszliwego odoru wydobywającego się z mojej walizki.

Dalsza część drogi upłynęła na konsekwentnym napełnianiu i opróżnianiu pęcherzy w kompletnym spokoju.

Przypadkiem, zupełnie przypadkowo i jakże szczęśliwie w kieszeni u Ziomeczka znalazły się "będące w nielegalnej dystrybucji kolorowe papierowe znaczki przedstawiające różne symbole graficzne nasączone roztworem LSD". Upewniając się organoleptycznie, że owe znaczki aby na pewno są nasączone dietyloamidem kwasu D-lizergowego udaliśmy się w dalszą podróż. Już tylko półtorej godziny zostało, więc idealny czas na wyklucie się fazy.

Zbliżamy się do celu, powoli kolory zaczynają nabierać nowego znaczenia podjeżdzamy pod wskazane miejsce, zadziwiająco dużo samochodów. Chyba to nie jest jednak jakiś melanż w wąskim gronie. Sama miejscówka zajebista. Polanka z domkami letniskowymi i miejscem odgrodzonym żywopłotem, gdzie odbywała się rzeczona impreza. Dochodzimy do bramy - swoją drogą montowanie bramy w żywopłocie wygląda dosyć osobliwie, choć mogła to być sprawka coraz kwaśniejszej percepcji - otwieramy...

A tam...


Masakracja, że tak sobie zacytować pana Dariusza Szpakowskiego.

Okazało się, że to nie melanż, a bankiet. Duży bankiet. Bardzo... kurwa duży bankiett. Z okazji otwarcia nowej firmy zajmującej się sprzedażą kiełbasy na festynach. Innymi słowy - bratwurst party

Fakt numer 1, o którym nie wiedzieliśmy:

- Gruby dostał spadek i postanowił kontynuować masarskie tradycje rodzinne.

Fakt numer 2, o którym nie wiedzieliśmy:

- Zaprosił lokalnych producentów kiełbasy na imprezę

Fakt numer 3, o którym nie wiedzieliśmy, ale kurewsko nas zaskoczył:

- Część osób była przebrana za ... kiełbasę, a reszta miała kiełbasiane papierowe czapeczki

I wreszcie fakt numer 4 o którym Ziomeczek wiedział, a ja nie:

- Kompletnie popierdolił to co mu Gruby powiedział, bo dokładnie opisał co jest grane.

Jeszcze fakt numer 5, ale to już pewnie sami wiecie:

Zupełnie niespodziewanie okazało się, że to nie jest miejsce dla nas.

104

#lpJ

Mój brat skończył dzisiaj 16 lat. Rodzice chcieli mu zrobić niespodziankę i zakradli się do niego do pokoju o godzinie 00:01. To był duży błąd. Wpadli do niego do pokoju z okrzykiem i prezentem, a on akurat w najlepsze bił niemca w hełm. Ja zwabiony hałasem od razu pobiegłem zobaczyć co się dzieje i byłem świadkiem składania najbardziej niezręcznych życzeń jakie dane mi było widzieć.

98

#wVJ

Siedzimy sobie wczoraj u kumpla i cos tam jaramy jak zwykle o tej porze, a tu nagle wchodzi inny ziomek z calym narciarskim osprzetem.. doslownie wszystko. narty, kijki, 2 wielkie torby i mowi nam, ze wzial od starej 1300 zl na wycieczke w gory, ale nie jedzie bo woli sie z nami nacpac :-D

1300 zl zakupil zapas dragow na caly tydzien... i teraz siedza na miejscowce u ziomka i narkotyzuja sie ...

96

#oj

Dziś pozwoliłam chłopakowi, z którym jestem od czterech lat na zabawę na ostro.
Po związaniu mnie itp.
Skończył na mojej twarzy i... wyszedł.


Rozwiązali mnie moi rodzice.

93

Marko

Tatuś pewnie dumny :)

2

#x1n

Wziąłem kiedyś kwasa (od tego czasu bardzo lubię kwasy). Wsadziłem sobie kartoników sztuk dwie pod język kulturalnie, w mieszkanku na drugim piętrze w bloku w towarzystwie mych trzeźwych współlokatorów. Siedzę zachwycony, podziwiam fraktale, palę jointa, oddycham razem ze ścianami a tu nagle dzwonek do drzwi. Przyszedł polecony na moje nazwisko. Przyjaciółka, nie przejmując się moim stanem, woła mnie, żebym podpisał. Przedzieram sie zatem przez kolorową dżunglę dywanu, rozdzieram zasłony ze ściany tworząc w ten sposób drzwi i podchodzę do listonosza.
- Pan XXX?
Patrzę a tu moja stara znajoma chyba jeszcze z gimnazjum.
- Kasia? Jesteś listonoszką?
- Słucham? Proszę tu podpisać.
- No Kaaachaaa, nie poznajesz? To ja, XXX.
- NIe żadna Kasia, Adam jestem. Prosze tu podpisać!
Podpisuję nieco zawiedziony i zamykam drzwi.

Zgłodniałem. Idę więc do kuchni. Po 15 min wpatrywania się w moje odbicie w ostrzu noża postanawiam z mym odbiciem porozmawiać. Treści rozmowy przytaczać nie będę, bowiem nie udało mi się dojść ze sobą do porozumienia. Jednakowoż, moi współlokatorzy zaciekawieni odgłosami z kuchni przybyli mi z pomocą w trudnej misji przygotowania kanapki.

Jem kanapkę, patrzę na lava lamp (btw polecam na fazie) i dostaję smsa od dziewczyny na której mi wtedy zależało "Co robisz?". Odpisuję: "Idę siku."

Zażenowany ograniczoną przestrzenią mieszkania wychodzę na zewnątrz w towarzystwie mojego przyjaciela ubrany w biały, lekarski kitel, który wprowadził mnie w istnie medyczny nastrój. Pierwszego napotkanego przechodnia spytałem o stan zdrowia i czy nic mu nie dolega, lecz bezczelnie mnie zlał. Drugi za to chciał mnie bić a trzeci odpowiedział, że ta dzisiejsza młodzież... ech...

Wróciłem do mieszkania, położyłem się na łóżku i podobno zacząłem jęczeć (podobno, bo tak na prawdę, to śpiewałem). Sąsiadka nawet zaczęła wybijać mi rytm uderzając w kaloryfer. To było bardzo przyjemne.

Chciałem jeszcze iść do sklepu, ale nie miałem niebieskich kaloszy. Ostatecznie resztę fazy spędziłem oglądając expose Kwaśniewskiego (spodobało mi sie nazwisko).

89

#P1n

Kumpel mojej znajomej z detoksu był etatowym helupiarzem i brakowało mu żył, w które mógłby napierdalać. wracał sobie od dilera, wsiadł do windy, gotuje, zaciąga do szprycy i za chuj nie może się wkłuć, więc co raz bardziej się wkurwia. a tu nagle niespodzianka: kiedy się wkurwiał na środku czoła wychodziła piękna, gruba żyła. no to ładuje w tę żyłę, a tu winda staje, otwierają się drzwi. babcia wracająca z zakupów przeraziła się, bo zobaczyła ćpuna ze szprycą w czole :D upuściła siatki i uciekła, kolega spokojnie dokończył ładować sobie w czoło, a babcia przez kolejny miesiąc nie używała windy.

87

Marko

WTF??!!

1

TripStory