#Q7q

Spaliliśmy się z kumplem i koleżanką, idziemy. Koleżka idzie przodem do nas, ale plecami do przodu - wiadomo o co chodzi.
Ja : Czemu idziesz tyłem?
On : Bo lubię widzieć gdzie byłem.

65

#PQl

Tydzień temu tripowaliśmy w 6 osób na 2c-p. W pokoju pojawił się Siódmy (wyimaginowana postać), który ciągle gdzieś krążył, krył się pod stołem, widoczny w kąciku oka, chował się za krzakami, gdy wyszliśmy na zewnątrz. W końcu na olał i poszedł na melanż do klubu.
Dwa dni temu, sytuacja taka sama, z tym że jest na piątka i Siódmy powrócił pod postacią Szóstego.
Rozkmina:
A jak za kolejny tydzień będzie na czwórka i pojawi się Piąty. A jeszcze następnego tygodnia będziemy w trójkę razem z Czwartym. Za trzy tygodnie będziemy się bawić z Trzecim. A za cztery - "Ej, gdzie jest drugi?". I zaczyna się robić nieciekawie.

78

#O8G

Siedzimy sobie elegancko u mnie na havirce, miał być jakiś większy melanż to dwójka typków wrzuciła jakieś neuroleptyki (nie wiem co to było, ziomek przyniósł), siedzą tacy zajebani i jeden do mnie:
- A ty masz całą chatę wolną?
(jednopokojowe mieszkanie)

71

#N0K

raz z ziomkiem od rana walilismy wóde i przyjebalismy na dokladke soczystego pol metrowego bongosa. jako że dobrze byłoby przypalic cos a nic na koncie to do sklepu, wchodzimy tacy zajebani, podchodze na chemiczno/cosikowy dzial i do babki (no koło 20 miała) że karte do Orange za dziesione i wgl, babka patrzy i pyta
- pada deszcz?
patrze tak z ziomkiem po sobie, drapie sie po glowie i mówię mu na ucho że - chuja nie wiem. Na to ziomek pizda na cały sklep że idzie sprawdzić, otwiera drzwi, wraca, podchodzi zajebany do kasy, ekspedientka:
- i co?
ziomek taki mindfuck :
- zapomnialem.

84

#M1B

Słuchaj Typie. Gruby robi impreze - usłyszałem znajomy głos w słuchawce pałaszując śniadanie.
- Jaką?
- No kurwa, taką dla znajomych. Mówił, że kameralnie będzie. Tam wiesz, u niego. Jedziesz?
- Jasna sprawa. Kiedy?
- Zaraz.
- Ok. Podjeżdżaj.

Szczęśliwie się złożyło, że miałem dwa dni urlopu do odebrania w pracy, a że Gruby mieszka w Niemczech, to nie spodziewałem się rychłego powrotu. Szczególnie, że jak Gruby robi melanż to nigdy nie kończyło się na jednym dniu. Szczątkowe informacje jakie dostałem wskazywały na konieczność zabrania dodatkowej pary rzeczy "do ujebania" i przygotowania się na powrotny ból głowy, czyli zapakowania do apteczki podstawowych medykamentów każdego melanżownika - magnez, witaminy, aspiryna i stoperan (szczególnie stoperan). Sięgam po walizkę, otwieram i mam wrażenie, ze otworzyłem jakąś pierdoloną puszkę pandory, albo sarkofag ze zdechłym kotem. Naszym kotem. Zatykający dziurki od nosa odór rozgościł się w całym mieszkaniu wywabiając współlokatora ze swojego pokoju, który pogrążony w depresji (przynajmniej tak twierdzi) nie wychylał nosa poza swój teren przez ostatnie dwa dni. W pierwszym momencie pomyślałem, że może on tak jebie i jak się okazało, owszem on też jebie, ale głównym źródłem tego zapaszku była jednak moja walizka.

Szybko zlokalizowałem źródło owego fetoru. Jeżeli zastanawiacie się, czy McWrap się psuje, to nie musicie sprawdzać. Psuje sie. W mało spektakularny sposób, chociaż zależy jak na to patrzeć - kolorki są całkiem, całkiem... ale dobra, nie o tym miało być.

Wybija godzina zero, Golf drugiej generacji z charakterystycznym dla siebie dieslowskim buczeniem wtoczył się pod moje mieszkanie i radośnie pierdolnął klaksonem ku uciesze wszystkich sąsiadów. Kiedy schodziłem ze swoją jeszcze lekko śmierdzącą walizką pod oknami rozbrzmiewał donośny stukot silnika cofanego przynajmniej kilka razy. Mam wrażenie, że nawet całkiem regularnie, ileż kurwa czasu można mieć 140 000 na budziku. Ten dźwięk perfekcyjnie zgrywał się z popierdywaniem przeżartego rdzą tłumika wydobywając z siebie niesamowite ilości spalin. I ta osobliwa cyrko-orkiestra przywitała mnie u progu drzwi do klatki, które od lat dumnie prezentują się z zajebiście wielkim napisem namalowanym "szprajem" o uroczej treści: Grzyb pany, a Borsuk to kurwa.

- Co ty stary, na węgiel tym gównem jeździsz? - kieruje swoje słowa w obłok siwego dymu za którym (jestem niemalże pewien) znajduje się mój środek transportu.

- Ha kurwa, ha. Dżołk roku, wsiadaj głąbie już i tak mamy spóźnienie - zostałem powitany radośnie przez Ziomeczka właściciela pojazdu, w którym spędzę następne kilka godzin.

Pierwszą radosną informacją w samochodzie była obecność brata Ziomeczka, naszego szofera. Abstynenta. No dobra, prawie absynenta - bezalkoholik. Dźwięk pierwszej otwieranej butelki zlał się z odgłosem zamykania drzwi i wyruszyliśmy w drogę.

Jeden browar, drugi, trzeci...

- Sikuuu. Panie kierowco sikuuuu - chóralnie zgłaszamy z Ziomeczkiem swoją potrzebę.
- A... a... ale kurwa, zno...
- Siku, siku, siku! - nie dajemy za wygraną.
- No kurwa, przecież dopiero co czterdzieści minut jedziemy. Dobra na następnej zatoczce zjadę.

Jak powiedział tak zrobił. Od dawna zastanawiałem się dlaczego kałuże zawsze, ale to zawsze są po stronie moich drzwi i dlaczego za każdym razem wygląda to jak 2 mm wody na betonie, a okazuje się być jebaną dziurą po kostkę, ale i tym razem nie znalazłem odpowiedzi. Musiałem za to znaleźć w ekspresowym tempie suche skarpety co doprowadziło do przykrego odkrycia - walizka nadal jebie, zatem to nie tylko leciwy McWrap był źródłem straszliwego odoru wydobywającego się z mojej walizki.

Dalsza część drogi upłynęła na konsekwentnym napełnianiu i opróżnianiu pęcherzy w kompletnym spokoju.

Przypadkiem, zupełnie przypadkowo i jakże szczęśliwie w kieszeni u Ziomeczka znalazły się "będące w nielegalnej dystrybucji kolorowe papierowe znaczki przedstawiające różne symbole graficzne nasączone roztworem LSD". Upewniając się organoleptycznie, że owe znaczki aby na pewno są nasączone dietyloamidem kwasu D-lizergowego udaliśmy się w dalszą podróż. Już tylko półtorej godziny zostało, więc idealny czas na wyklucie się fazy.

Zbliżamy się do celu, powoli kolory zaczynają nabierać nowego znaczenia podjeżdzamy pod wskazane miejsce, zadziwiająco dużo samochodów. Chyba to nie jest jednak jakiś melanż w wąskim gronie. Sama miejscówka zajebista. Polanka z domkami letniskowymi i miejscem odgrodzonym żywopłotem, gdzie odbywała się rzeczona impreza. Dochodzimy do bramy - swoją drogą montowanie bramy w żywopłocie wygląda dosyć osobliwie, choć mogła to być sprawka coraz kwaśniejszej percepcji - otwieramy...

A tam...


Masakracja, że tak sobie zacytować pana Dariusza Szpakowskiego.

Okazało się, że to nie melanż, a bankiet. Duży bankiet. Bardzo... kurwa duży bankiett. Z okazji otwarcia nowej firmy zajmującej się sprzedażą kiełbasy na festynach. Innymi słowy - bratwurst party

Fakt numer 1, o którym nie wiedzieliśmy:

- Gruby dostał spadek i postanowił kontynuować masarskie tradycje rodzinne.

Fakt numer 2, o którym nie wiedzieliśmy:

- Zaprosił lokalnych producentów kiełbasy na imprezę

Fakt numer 3, o którym nie wiedzieliśmy, ale kurewsko nas zaskoczył:

- Część osób była przebrana za ... kiełbasę, a reszta miała kiełbasiane papierowe czapeczki

I wreszcie fakt numer 4 o którym Ziomeczek wiedział, a ja nie:

- Kompletnie popierdolił to co mu Gruby powiedział, bo dokładnie opisał co jest grane.

Jeszcze fakt numer 5, ale to już pewnie sami wiecie:

Zupełnie niespodziewanie okazało się, że to nie jest miejsce dla nas.

104

#LJW

Miałem okazję pracować w charakterze ochroniarza na stadionie miejskim jednego z miast gospodarzy EURO2012. Zmiany po 24h. Praca w ochronie ekscytujących wrażeń nie zapewnia, zwłaszcza jak się robi zmiany całodobowe, toteż paliliśmy ze znajomym dla zabicia czasu :) Nie podpadało to zbytnio, niejeden trzeźwy na takich zmianach wyglądał gorzej od nas.

No i przychodzi taki jeden wieczór, że gadamy o pierdołach, a że robi się późno to wypada jakiegoś bucha przypierdolić. Wcześniej słyszałem że ma być jakaś kontrola borowików, ale mój zapierdolony kolega kazał mi to olać(generalnie chłopak ma straszne problemy z koncentracją). Więc idziemy za budkę, palimy parę lufek. Po całym dniu przerwy wchodzi mi przekurewska bania. Ciężka indica, siada na oczy, na ciało, ale przede wszystkim na pojmowanie rzeczywistości. Świat mi się powoli zaczął wyginać. Pizda jakiej nie miałem od kilku dni chyba. No i w tym momencie wychodzą ostatnie babki z namiotu, zostawiają klucze i napominają o kontroli. Kontrola BORu z psami, bo za dzień czy dwa ma wpaść sam Bronek. No i o ile mnie to nie zdziwiło to mój zapierdolony kolega zrobił się nerwowy nawiązując mniej więcej taki dialog:
- O kurwa, będzie pszypau ja mam staff przy sobie. Co my kurwa zrobimy?
- Spoko, loko, spalimy dowody(mówię tak, bo myślę że ma on tego na maksymalnie jeszcze ze 2-3 dzidy).
- Ale ja mam tego 8 gramów...

W tym momencie włącza mi się taki pierdolony slow-motion jak w filmie, ale cały czas jeszcze nie pojmuję grozy sytuacji. Ten zaczyna kombinować, staff z lufą pierdolnął pod płotem. Oczywiście cała kanciapa jebie zielem(ja to czuję, więc pies dostanie amby już z kilometra). Co gorsza mamy trzeciego znajomego na innym posterunku który też jest strasznie zajebany i ma coś przy sobie. Przez telefon nie idzie się z nim dogadać, więc zapierdolony kolega idzie objaśnić sprawę osobiście. Ja tu teraz kombinuję, koleś wróci, będziemy myśleć co zrobić ze staffem. Gdzie i jak to wyjebać, myślę sobie.

Mija 5-10 minut. Ziomek wraca. Wraca, kurwa, na czele pochodu złożonego z policjantów, borowików i paru kolesi w kominiarkach. Ogólnie mój znajomy zapierdolony jak messerschmitt prowadzi za sobą kilkunastu umundurowanych funkcjonariuszy prowadzących jednego albo dwa psy. Ja jestem na takiej piździe że wolałbym z nikim nawet nie rozmawiać, a on ich kurwa oprowadza po terenie i odpowiada na pytania. 8 gramów leży pod płotem, który oni zaczynają sprawdzać! O fak! Na szczęście znajomy ogarnia - udaje przykładnego ochroniarza i sprawdzając ten sam płot paręnaście metrów przed mundurowymi wypierdala jednym sprawnym ruchem torbę z zielem i lufę na zewnątrz. Zostaje jeszcze pierdolona kanciapa. Pies z psem wchodzi do środka a ja dopiero teraz pojmuję sytuację. Jesteśmy w miejscu pracy, na trzeciej największej imprezie sportowej na świecie, na stanowisku ochroniarza zapierdoleni jak świnie nielegalną substancją, której pod płotem leży 8 gramów(z pewnością zostały jakieś odciski na torbie), a funkcjonariusz wszedł z niuchaczem do miejsca gdzie te 8 gramów leżało cały dzień. Fak! Nogi się pode mną ugięły. Na szczęście(tutaj pozostają mi domysły) niuchacz prawdopodobnie był szkolony na materiały wybuchowe, a nie dragi i nic po sobie nie pokazał. Panowie wyszli, przeprowadziliśmy bardzo nieogarniętą rozmowę o dupie maryny, podziękowali i poszli. My odzyskaliśmy staff(szybka wycieczka na drugą stronę), ale nie chcieliśmy palić już tej nocy. Ja jeszcze długo obniżałem tętno, a spać mi się odechciało na parę godzin. De facto przypału nie było, ale od takich akcji można osiwieć.

BTW - nie mam zielonego pojęcia dlaczego ten degenerat wziął ponad 8 gieta do pracy, nie pozwoliłbym mu na to gdybym był świadomy sytuacji.

71

#Q67

Moich dwoch znajomych przyuwazywzy onegdaj bielun na dzialce sasiada postanowili uraczyc sie ta zacna roslina. Po zaladowaniu wpadli na nienajlepszy, jak sie pozniej okazalo pomysl wyjscia na miasto ( a raczej wies ). Tak oto nasi bohaterowie dotarli pod szkole podstawowa. Jeden z delikwentow zaczal wydzierac sie wnieboglosy na dzieci grajace w koszykowke, ze maja wychodzic z wody bo sie utopia. Jego kompan zdezorientowany robionym przez swojego towrzysza rwetesem oddalil sie pospiesznie, co okazalo sie trafnym wyborem, jako ze wkrotce na miejscu zjawil sie dzielnicowy (na wsi tez sa dzielnicowi?). Po uslyszeniu od owego dzentelmena kilku uwag na temat swojego stanu nasz psychonauta zwrocil sie do swojego kolegi , ktorego juz tam nie bylo "on sobie chyba ze mnie kpi" , poczym zwalil sie na ziemie nie przytomny. Swoja droga wspolczuje sanitariuszom wezwanym by go podniesc i zawiesc do szpitala - ziomek wazy jakies 130 kg.

64

#Xrk

Za gowniarza zrobilismy z kumplami spontaniczny kwasowy wyjazd na dzialke - wszystko ulozylo sie pieknie - wolna dzialka, nikt nie przyjedzie na kontrole na 1000%, siano jest - nie ma tylko kartonow... Kumpel wzial na siebie ta kwestie, a my, pozostali znaczy, mielismy zajac sie reszta - wiadomo - zarcie, fajki, alko, picie & ziolo. Na wszystko wystarczylo siana oprocz jedzenia - ogolme na trzy dni na pieciu kupilismy jeden chleb i kilo kilebas :) Ale za to reszty odpowiednio. Siedzimy juz spakowani (a wszystko bylo robione na strasznego dzikusa - zeby dojechac na dzialke 30 km wyciagnelismy ojca jednego kumpla poznym wieczorem z goraczka z domu zeby nas zawiozl..) i nerwowka - kumpel z misja lsd sie nie odzywa!!! Kolejne minuty oczekiwania, rosnace wkurwienie - wtem: telefon!!! Odbieram trzesacymi sie rekami - "nie ma kwasow - goscia nie ma a mial byc" Dol straszny... Nagle on cos z kims gada w tle i krzyczy do sluchawy: "JEDNAK SA!!! GOSC NIE OTWIERAL DRZWI BO SIE STYRAL!!! Zaraz bede!" Powtarzam wiadomosc kumplom - WIELKA RADOSC!!! Nie zmacilo jej nawet to, ze kumpel po powrocie z kartonami rzekl, ze kosztowaly 45 pln/sztuka i jeszcze trzeba bylo wziac 10. Luz. W koncu - jedziemy. Wpadamy na dzialke, stary kumpla odjezdza. Rzucamy wszystko na podloge i od razu - tolki w ruch, i dzielimy kwasy - mielismy wziac po pol. W koncu stwierdzilismy, ze walimy calosc, ale jeden kumpel wzial tego juz przecietego na pol i mowi, ze pol wezmie po jezyk a pol do oka. Wszyscy zajebalismy, radosc wielka, wychodzimy na spacer, co by sobie umilic oczekiwanie - a noz spacer zaprowadzi nas na kwietne laki tudziez do jaskini zlego niedziwedzia? Mijamy furtke dzialki i trach - kumpel, ten od aplikacji doocznej - pada jak sztywny prosto w zadbane kwiatki mojej mamy. Ogolna panika- co jest, co jest i tak dalej. Mowi ze chyba przedawkowal (!?!?!) i zebysmy go zaniesli do domu. Kladziemy go na wyro - a on blady jak smierc, poci sie jak pojebany - no kurwa myslalem ze chyba eksploduje! Mialo byc tak fajnie, a on mi tu kurwa swiruje - jeszcze mi tu zdechnie! Nie moglem mu tego wybaczyc. Dodam ze od aplikacji nie minelo nawet 10 min. Szybka decyzja - wyciagamy mu to z oka - unieruchomienie, szybki ruch i mam to w rece. Patrze - a gosc w tym momencie nabral kolorow i wrocil do zywych! Kiedy mi powiedzial ze mam mu to oddac bo chce go zjesc dla pewnosci ze zadziala juz wiedzialem ze bedzie z nim dobrze :) Od tego momentu wszystko przebiegalo juz wysmienicie - poza drobnymi zdarzeniami, jak to kiedy tak sie przestraszylem czajnika ze krzyknalem i takie inne... Do dzis nie wiem o co chodzilo z ta akcja - gosc sie zarzekal ze czul sie tak zle jakby umieral - po wyjecie kartona z oka juz bylo good.

43

#Yy0

I nie wiem czy mam się śmiać czy płakać...

Siedzimy na chacie, pijemy piwko. U mnie w pokoju leży na biurku pakiecik z 4-ho-met. Poszedłem spuścić z kija nadmiar moczu a kumpel polazł maila sprawdzić. Wracam i tekst "Tyy... posypałem sobie tej fuki Twojej kreske... dziwna jakaś". Dobrze, że kreska duża nie była bo by się chłopak mógł mocno zdziwić. W zasadzie to jak na niego patrzę to i tak się chyba już zaczyna dziwić...

34

TripStory